Rangers Lead the Way!
Opis 62 dni piekła nie może być uznany za ciekawy. Iluś tam facetów gania bez mycia, tapla się w błocie, czasami strzela, skacze ze spadochronem, biega po górach, czy pływa …
Parę lat temu (no dobra, paręnaście) zaliczyłem pierwszy raz kurs Ranger i mogę śmiało powiedzieć, że to otworzyło mój umysł. Droga była modelowa, bo potem były kursy w SAS i Delcie, dzięki czemu uzyskałem wyższe kategorie wtajemniczenia i nauczyłem się technik działań specjalnych. Zawsze uważałem, że zanim kogoś się wyśle na misję to powinno się wiedzieć, czym to pachnie. Dla analityka tego typu wiedza powinna być wręcz obowiązkowa. To chyba zresztą największa bolączka Wojska Polskiego – dowodzenie w większości przypadków przez osoby, które nie przeszły piekła. Ale, co tam … Dość powiedzieć, że korzystając z dłuższego urlopu postanowiłem sobie przypomnieć zapach tego i owego, a umówienie się na „wycisk” zajęło chwilę i kosztowało wykonanie paru telefonów. Amerykanie mają do Rangers'ów nabożny stosunek . Skorzystałem zatem z przywileju, że jestem Ranger, a chcę nim być jeszcze bardziej ... A poruszać się nie zaszkodzi by, jak to mówi pewien kapitan, beton w głowie nie zastygł.
Postaram się opisać ogólny zarys kursu Ranger i podejmę próbę oddania atmosfery.
Faza pierwsza, czyli Rap Week to sprawdzian odporności psychicznej i fizycznej. Pompki, skrętoskłony, bieg na różne dystanse, pływanie, skoki z wieży z zawiązanymi oczami … Są też i inne przyjemności, na przykład bieg po belkach zawieszonych ok. 10 metrów nad wodą. Sam miód. Jako temu, który już jest Ranger odpuścili mi wyzwiska, ale co się inni nasłuchali – to ich. Pewien prezenter mógłby się uczyć od sierżantów, bo takiego zestawu przekleństw nawet w Polsce ze świecą szukać.
Plecak, który dostajemy waży około 30 kilogramów i pakowany jest stosownie do wyznaczonego zadania oraz pozycji w grupie. Możesz być pewny, że ten kto go dla ciebie spakował uwzględnił wszystkie okoliczności, na przykład odpowiedni rodzaj amunicji.
Wysiłek, brak jedzenia, kurz ... Na szczęście wiedząc co mnie czeka ogoliłem się zostawiając na głowie przepisową „pussy”. Dzięki temu nie powstał na mojej głowie piękny kołtun.
Po Rap Week zaczyna się właściwe piekło. Średnio dwie godziny snu na dobę, skromny posiłek raz dziennie, a i to nie zawsze … ale za to góry, woda, dżungla i bagno. Coś co wojownik kocha najbardziej. Od tego momentu najważniejsza jest motywacja – żołnierz musi chcieć być Ranger, inaczej padnie, załamie się i kłopot gotowy. Widywałem takich – natura eliminuje słabsze przypadki, chociaż na szczęście nie tak brutalnie jak w prawdziwym życiu. Natomiast realizm szkolenia Ranger nie ma precedensu w polskiej armii i może ktoś decyzyjny powinien to przemyśleć?
Podczas kursu strzela się ślepakami, a na hełmie i mundurze umieszczone są czujniki sygnalizujące „trafienie” – dają sygnał kiedy i w co się oberwało. Mała ciekawostka. Podczas pierwszego kursu byłem „ranny”. Tym razem udało mi się tego uniknąć.
Najważniejsza w kursie Ranger jest zmiana sposobu myślenia, przekonwertowanie żołnierza z myślenia „ja” na myślenie „my”. Praca zespołowa! Krytyka kolegów boli najbardziej, a w warunkach bojowych błąd może kosztować życie jednego z nas. Instruktor nie wszystko widzi, natomiast byle melepeta może doprowadzić do tego, że cała grupa otrzyma ocenę „No Go” i będzie klops. Dlatego uwagi kolegów i ich wsparcie, ale też wspomniana krytyka są bezcenne.
Ważne jest też „ogłupienie” kursanta poprzez nauczenie bezwzględnego podporządkowania się rozkazom. Metody tego są różne, od pompek zaczynając, a na wyrzuceniu z kursu kończąc. Dyscyplina jest najważniejsza! Jako anegdotę mogę opowiedzieć przypadek, gdzie jeden z najbardziej wyróżniających się żołnierzy nie został Ranger, bo spóźnił się na ceremonię 5 minut. Inny został usunięty z powodu odwonienia – nie było rozkazu się odwodnić? Nie było! No to żegnaj. Podporządkowanie się rozkazom i praca zespołowa popłaca. Już po 3 dniach wszyscy w zespole pytali się, czy ktoś potrzebuje pomocy przy zadaniu, a sierżant był Bogiem i to takim realnym. Gdyby kazał skoczyć na główkę do pustego basenu … to kto wie.
Osiąga się też pewien dziwny stan. Z jednej strony ekstremalne warunki łączą ludzi i pozwalają im nawiązać przyjaźnie, a z drugiej nikt nie ogląda się za tymi, którzy odpadli. Czyli praca zespołowa tak, ale na krótką metę – do realizacji określonego działania. Takie ograniczone poczucie wspólnoty.
Siódmego dnia informują o dalszym planie działania, wyznaczane są cele, krótkie szkolenie spadochronowe … i nie ma cię na następne 20 dni. Czyli Camp Darby. To początek sprawdzianu umiejętności zespołowego działania. Jesteś jednym z wielu, ale w każdej chwili możesz zostać dowódcą i być zmuszony zmotywować innych – takich jak ty do działania. A jak zmotywować skrajnie wymęczonego, niewyspanego i głodnego do działania? Wyobraźcie sobie pobudkę przed piątą rano, śniadanie (!), planowanie zadania do 14, a potem realizacja. No i oczywiście te powroty nad ranem, gdy trzeba opracować meldunek, wyczyścić broń, itd. Jest też tzw. Darby Queen, czyli tor przeszkód pokonywany dwójkami. Innowacje opracowane przez sierżantów są … niespotykane. Słysząc komendę „Bear” masz rzucić wszystko i jak najszybciej wdrapać się na najbliższe drzewo.
Gdy minie 20 dni i uda ci się nie odpaść następnym etapem jest Camp Merrill, czyli etap górski. W pierwszej kolejności tygodniowy kurs wspinaczki, gdzie priorytetem jest działanie w parach, asekuracja partnera, a odstępstwa od wymogów bezpieczeństwa karane są usunięciem z kursu. Oczywiście urazy spowodowane warunkami są normą, a bąble i schodzące paznokcie nieodzownym elementem tego etapu. W końcu nic dziwnego, gdy zbiega się z góry z pełnym oporządzeniem. No i oczywiście to co najlepsze, czyli trujący bluszcz (kleszcze celowo omijam - temat jest drażliwy). Brrr …
Floryda to trzy tygodnie … morza, bagna, rzeki i inne przyjemności, czyli waterborne operations. Szkolący na wstępie prezentują węże, aligatory i grzecznie tłumaczą, że takie sympatyczne zwierzęta staną za chwilę na naszej drodze. Potem desant na bagna i moczary, a wreszcie niespotykana nigdzie indziej przyjemność spędzenia czasu w wodzie pełnej różnego rodzaju żyjątek, i to całkiem sporych. Czasem spędza się tak godzinę, czasem kilka, a niekiedy i całą noc. Wszystko po to, by przedostać się w rejon działań i przykładowo uprowadzić lub wyeliminować przywódcę bandyckiego ugrupowania.
Głód, senność i przynajmniej dla mnie brak możliwości umycia to najgorsze, co może nas spotkać w trakcie kursu. Jedzenie zawsze się jakoś daje zorganizować, dokarmiają nas piloci, ale już za jedzenie jagód z kursu po prostu się wylatuje. Ja potraktowałem kurs, jako mało sympatyczny obóz dietetyczny. W ciągu 62 dni straciłem 20 kilo. I szczerze - bez jedzenia obejść się można, nawet przy maksymalnym wysiłku. Na senność niestety nikt do chwili obecnej nie wymyślił nic rozsądnego, ale motywacja bycia Ranger niejednego na nogi postawiła (podobnie, jak woda). Chociaż – odloty się zdarzają. Jest to taki stan, kiedy myli się sen i jawę. Najfajniejsze jest to, że po czasie koledzy opowiadają, jak to dzielnie walczyłeś z wrogiem. Co do umycia się … Gdy po tygodniu wpadłem pod prysznic, to jakbym samego Pana Boga (ale nie sierżanta) za nogi złapał! Nawet nie myślałem, że mogę się cieszyć, jak małe dziecko z powodu wejścia pod prysznic – tylko gumowej kaczuszki do zabawy mi brakowało.
Na koniec jedna uwaga. Żartobliwie mawiam, że nie zna życia, kto nie służył w marynarce. Chwilowo zmieniam powiedzenie na: nie zna życia, kto nie jest Ranger!